Poznaj początek tej historii.
Po prostu zacznij czytać.
Najmniejszy szmer nie zdradził obecności dwóch ludzi przyczajonych za powalonym pniem dorodnemu jeleniowi – samotnikowi, który wyszedł na leśną polanę. Zwierzę rozejrzało się powoli dookoła, pochyliło ku ziemi wielki płowy łeb z imponującym wieńcem poroża i zaczęło spokojnie skubać trawę. Ludzie byli tak nieruchomi, że ich sylwetki wyglądały jak wykute z kamienia. Po chwili jednak młodszy z nich, chłopak o czarnych włosach, uniósł łuk i zaczął powoli napinać cięciwę, na której spoczywała strzała z biało-szarymi lotkami. Drugi, dużo starszy mężczyzna, pochylił się ku niemu.
– Tuż nad badyle… prosto w komorę – szept wydobywający się z jego ust był cichszy niż szmer wiatru w liściach.
Młodzieniec zmrużył oczy i pewnie przyciągnął cięciwę do policzka. Mierzył przez chwilę, po czym wstrzymał oddech i wypuścił strzałę. Trafiła dokładnie w cel.
Jeleń wyskoczył spazmatycznie w powietrze przednimi nogami, zanurkował głową w dół, po czym pobiegł przed siebie, zataczając się. Po chwili zniknął między drzewami, obijając się o nie. Myśliwi czekali, nasłuchując. Kilkanaście sekund później dobiegł ich głuchy łomot i trzask krzewów łamiących się pod ciężarem walącego się cielska.
Starszy mężczyzna uśmiechnął się i poklepał chłopca po ramieniu.
– Znakomity strzał, Kai – pochwalił go. – Trafiłeś prosto w serce, nie odbiegł nawet półsta kroków.
Chłopak promieniał z dumy. To było pierwsze polowanie, na którym jego wuj, Tagari, pozwolił mu oddać strzał do dużej zwierzyny. Kai polował już wprawdzie wcześniej na zające – i to z dużym powodzeniem – lecz to było coś zupełnie innego.
W pewnym momencie na niewielkiej leśnej polance dostrzegli wysoki słup. Od góry do dołu obwieszony był ludzkimi głowami i kręgosłupami; drewno pokrywała czarna, zakrzepła krew. Nie brakło też i świeżej. Część głów była już wyczyszczona przez mrówki – gołe kości czaszek świeciły bielą w słońcu. Z innych wciąż jeszcze zwisało gnijące i cuchnące mięso. Widok był przerażający. Dla nich jednak był to znak, że dotarli do okolic patrolowanych przez wojowników klanu Cieni. Dlatego też nazwano je Bezpiecznymi Ziemiami.
– Totem strachu – mruknął Tagari, czując ciarki przechodzące mu po plecach.
Wciąż nie był w stanie przyzwyczaić się do metod stosowanych przez Cienie. Nie mógł jednak odmówić im skuteczności. Od wielu już lat nie widziano Zdziczałych Ludzi w pobliżu Doliny.
Minęli totem i skierowali się na północny zachód, prosto w stronę przełęczy. Teren zaczął się lekko wznosić. Szli już dłuższy czas, gdy niespodziewanie myśliwi dali znak, aby się zatrzymać. Wszyscy stanęli natychmiast i rozglądali się czujnie dookoła. Nic się jednak nie działo. Niczego też nie widzieli. Nagle zamigotały wokół nich kolory zieleni i brązu, rozbłyski światła. Nie byli jednak w stanie dostrzec nic więcej. Mógł to być patrol wojowników Cieni. A może to tylko wyobraźnia płatała im figle?
Ostatnie tego dnia promienie słońca odbijały się na liściach poruszanych lekkimi podmuchami wiatru, tworząc dookoła niezwykłą grę światła i cieni.
Ponieważ zapadała już noc i znajdowali się na względnie bezpiecznym, bo patrolowanym przez Cienie terenie, Alvero zarządził, iż w tym miejscu przenocują. Niebawem wszyscy siedzieli wygodnie wokół prawie niewidocznego, bo rozpalonego w wykopanym dole, małego ogniska. Zajadali upieczone kawałki soczystego mięsa i odpoczywali po forsownym marszu z ciężką zdobyczą.
Alvero odszedł kilkanaście kroków w bok i gestem przyzwał do siebie Tagariego. Milczał przez chwilę, patrząc na myśliwych i chłopca rozmawiających półgłosem przy ogniu.
– Zawiodłeś mnie dzisiaj, Tagari – powiedział wreszcie cicho.
Tagari poczuł zimne ukłucie w okolicach serca. Doskonale wiedział, o co chodzi Żelaznorękiemu, jednak postanowił udać, że źle go zrozumiał.
– Wybacz, panie – powiedział – Rzeczywiście, dałem się podejść jak żółtodziób. Przyniosłem wstyd twojemu Domowi. To się więcej…
– Tagari!
Myśliwy westchnął głęboko. „Nie da rady naokoło” – zdecydował.
– Tak, panie. Wybacz swemu słudze – powiedział, zwieszając głowę. – Za daleko wypuściłem się z młokosem. Za daleko na niebezpieczne ziemie. To się nie powtórzy.
– To jedno, Tagari – powiedział Alvero. – Ale jest coś jeszcze.
Myśliwy spojrzał na niego pytająco.
– Twoja duma, Tagari – wyjaśnił spokojnie Alvero. – Duma, która nie pozwoliła ci oddać Galmo waszej zdobyczy. Duma, która naraziła i ciebie, i Kaia. Duma, która sprawiła, że musiałem się ujawnić.
Wydawało się, że każde zdanie wypowiadane przez Żelaznorękiego przygniata Tagariego coraz bardziej do ziemi.
– Nikt nie może się dowiedzieć, ile znaczy dla mnie Kai – kontynuował Alvero. – A dziś Galmo wróci z opowieścią o tym, jak to Szlachetny Alvero wypuścił się bez Pancerza Przodków daleko poza Dolinę i zaryzykował swoje życie dla dwóch ludzi. I to Plugawych. Czy to nie zrodzi w ich głowach pytań, dlaczego to zrobiłem i skąd w ogóle się tam wziąłem? Jeżeli Moyar domyśli się, że byłem tam z powodu Kaia, natychmiast wykorzysta to przeciwko mnie. A ucierpi na tym chłopiec.
Tagari skinął głową, czując twardniejącą gulę w gardle.
– Wiem, że z Reeną kochacie Kaia jak własne dziecko, lecz on z wami nie zostanie. Nie będzie myśliwym jak ty. I wiesz o tym od samego początku. Nie wolno ci się łudzić, że będzie inaczej! – kontynuował surowym tonem Alvero, widząc zmieszanie wiernego sługi. – Jak tylko skończy dziesięć lat, wyślę go na stałe pod opiekę Gildii Wiedzących i Mistrza Gellena. Tam powinien być bezpieczny przed intrygami Moyara. Ale do tego czasu nikt poza tobą nie może wiedzieć, nikt nie może nawet podejrzewać, że jest dla mnie jak syn, choć usynowić go nie mogę. – Zamilkł na chwilę, wpatrując się w ognisko. – Przez dziesięć lat, odkąd przedziwnym zrządzeniem losu znalazłem go w lesie, strzegłeś chłopca i strzegłeś mojego sekretu – kontynuował. – Pomagałeś mi wymykać się w przebraniu myśliwego, abym choć przez kilka chwil mógł z nim swobodnie porozmawiać. Nacieszyć się tym, jak rośnie i staje się młodym mężczyzną. Z dala od podejrzliwych spojrzeń i wścibskich uszu. I będę ci za to wdzięczny do końca życia. Lecz nie wolno nam teraz tego wszystkiego zaprzepaścić. Nie możesz sobie więcej pozwolić na nierozważne zachowania, Tagari! Nawet jeżeli ucierpi na tym twoja duma. Do urodzin Kaia zostało zaledwie trzydzieści dni!
Tagari poczuł, jak całe jego ciało ogarnia zimno. Czy to dziś? Czy to już?
Rozmowa tak ich zaabsorbowała, że nie dostrzegli, iż Kaia od dawna już nie ma przy ognisku. Oddalił się na chwilę od myśliwych pod byle pretekstem, opadł w wysoką trawę i zaczął niepostrzeżenie skradać się do rozmawiających w pewnym oddaleniu Alvero i Tagariego. Zżerała go dziecięca ciekawość. Musiał się dowiedzieć, o czym rozmawiali. Skradał się tak sprawnie, że udało mu się dotrzeć całkiem blisko, pozostając niezauważonym. Wyraźnie słyszał każde ich słowo. O niektórych rzeczach wiedział już wcześniej od Tagariego, jednak to, że Alvero uważa go za syna, było dla niego niczym grom z jasnego nieba. Dopiero teraz zrozumiał jego troskliwość i wypytywanie o wszystko, gdy przypadkiem spotykali się na polowaniach. „Przypadkiem”! Cały aż drżał z emocji. Zaskoczenie, gniew, frustracja, ulga, radość – sam nie wiedział, które silniej – wszystkie dopadły go w jednej chwili, powodując wrzenie w jego chłopięcej piersi. Wciąż jednak zachowywał całkowitą ciszę, nie chcąc uronić choćby słowa z rozmowy mężczyzn.
– Kai zostanie z wami do swoich dziesiątych urodzin – oznajmił w końcu Alvero. – Nie wolno mu jednak oddalać się poza Dolinę. Do jego urodzin nie spotkam się też z nim już ani razu.
Tagari odetchnął z ulgą. Zimny skurcz wokół serca zniknął.
– Temat praw klanu uważam za zamknięty – mówił dalej Żelaznoręki. – Nie widzę możliwości zrobienia czegokolwiek, aby je zmienić, choć pragnę tego z całego serca. – Zamilkł na chwilę i spojrzał w rozgwieżdżone niebo. – I nie mogę usynowić Kaia, ponieważ… – zawiesił nagle głos i spojrzał wyczekująco na swego wiernego sługę i przyjaciela zarazem.
– …byłby to wyrok na chłopca – dokończył cicho Tagari. – Ma szerokie, czarne znamię na wysokości serca.
To dopiero początek historii, która zmieni losy całej Doliny.
Jakie będą dalsze losy Kaia i Alvero?
Czym naprawdę są urządzenia przodków?
kolejne księgi w przygotowaniu
Jeśli chcesz przeczytać więcej, zostaw swój email, a wyślemy Ci prolog i pełne pierwsze trzy rozdziały książki.
– Tak, wuju! Udało mi się! – wykrzyknął radośnie. – Dziękuję ci! Bardzo dziękuję, że dałeś mi strzelić! Prawda, że pięknie go trafiłem? Prawda?
– Cichaj, chłopcze! Cichaj! – strofował go wuj, marszcząc surowo brwi, co jednak nie dawało odpowiedniego efektu z powodu szerokiego uśmiechu, który nie znikał z jego twarzy. – Daleko od domu jesteśmy. Nie wiadomo, co za licho może się kryć za krzakiem. Zdziczali albo jeszcze co gorszego. Więcej rozwagi ci trzeba.
Chłopiec zamilkł natychmiast, a nawet pochylił się nieco, rozglądając bacznie na boki. Rzeczywiście zagłębili się daleko w las w poszukiwaniu odpowiedniej zwierzyny. Całe dwa dni oddalali się coraz bardziej na wschód od przełęczy strzeżonej przez klan Żelaznorękich. Jednak ryzyko się opłaciło. Rzadko kiedy można było napotkać tak dorodną zwierzynę – Zdziczali Ludzie bezwzględnie wybijali zwierzęta po lasach, by mieć co jeść. Tak czy inaczej, byli daleko od Doliny, na niebezpiecznych ziemiach.
Byli w trakcie sprawiania jelenia, gdy za ich plecami rozległ się głośny trzask łamanej gałęzi. Tagari zerwał się jak sprężyna. Po chwili spomiędzy drzew wyłonił się człowiek. Na szczęście nie był to Zdziczały. Z pewną ulgą Tagari rozpoznał Galmo, przybocznego Szlachetnego Moyara. Galmo zatrzymał się na skraju polany, rozglądając się. Towarzyszyło mu dwóch myśliwych.
– Ty też na łowach, Galmo? – zapytał Tagari. – Nie wiedziałem, że zostałeś myśliwym.
– SZLACHETNY Galmo, tak masz się do mnie zwracać, Plugawcze! – powiedział ze złością Galmo.
Tagari tylko parsknął.
– Poskarż się swemu panu! – rzucił. – Może tylko każe cię obić za nieporadność, bo nie widzę, byście coś upolowali. I nic dziwnego: tak hałasujesz, że każdy zwierz umknie przed wami. Daj polować myśliwym, a sam wracaj do domu. Nic tu po tobie!
Galmo zmrużył oczy, patrząc na niego z nienawiścią.
– Dlaczego myślisz, że nic nie upolowaliśmy? – odparł cicho. – Widzę pięknego jelenia powalonego strzałą mojego myśliwego… Zdobycz godna Domu Ośmiornicy.
Tagari spoważniał.
– Z pewnością, z pewnością… – powiedział wolno, nakładając, jakby od niechcenia, strzałę na cięciwę. – Kradzież i podstęp to znane wszystkim cnoty Domu Ośmiornicy. I to nie tylko w klanie, ale w całej Dolinie. Myślisz, że zdołasz ukraść naszą zdobycz? Wystarczy ci odwagi, żeby we trzech uderzyć na mnie i chłopca?
Kątem oka dostrzegł, że chłopiec naśladuje jego ruchy, oddalając się nieco w bok.
Galmo uśmiechnął się złośliwie i skinął jednemu z myśliwych, który złożył dłonie i zahukał jak puszczyk. Na polanę wyskoczyło nagle sześciu uzbrojonych ludzi. Sprawnie otoczyli Tagariego i chłopca. Jeden rzut oka na czarne maski zasłaniające całe twarze z wyjątkiem oczu, ust i nosa zdradził Tagariemu, kim są.
„Muletarzy!” – pomyślał i zmartwiał ze strachu. Nie bał się o siebie, tylko o chłopca. Starając się zachować spokój, powiedział:
– Jako rzekłem, tchórzem jesteś podszyty, Galmo.
– Dość tego! – krzyknął Galmo, marszcząc brwi. – Jeleń jest nasz. Odstąp i zmykaj, dopóki możesz. A nie, to każę obić i ciebie, i tego bękarta. Aha… i nie zapomnij poskarżyć się swemu panu – dodał złośliwie.
– Na co ma się do mnie skarżyć, Tagari?
Głos zabrzmiał tuż za plecami Galmo tak niespodziewanie, że ten aż się zachwiał i obrócił gwałtownie. Zobaczył wysokiego mężczyznę okrytego ciemnoszarym płaszczem. Jego twarz była prawie cała schowana w cieniu kaptura. Przy nim stało czterech zbrojnych w takich samych długich, szarych płaszczach, spod których wystawały czarne kaftany. Każdy z płaszczy miał na prawym ramieniu wyszytą biało-szarą głowę wilka. W rękach trzymali łuki, przy pasach wisiały im długie miecze i sztylety.
– Szlachetny… Alvero… – wydukał kompletnie zaskoczony Galmo – Ja… My… polujemy i… i właśnie… ustrzeliliśmy jelenia, a twój sługa, panie… Tagari, znaczy się, wzbrania nam wziąć naszą zdobycz! – zakończył bezczelnie, odzyskując rezon.
– Czyżby? – zapytał krótko Alvero. Podszedł do jelenia, spojrzał na strzałę wciąż tkwiącą w boku zwierzęcia, po czym przeniósł wzrok na Galmo. – Widzę tu tylko jedną strzałę i nosi ona kolory mojego Domu.
– Ja… – Galmo znowu nie wiedział, co odpowiedzieć.
Alvero zbliżył się do niego. Galmo cofnął się bezwiednie.
– Nieporozumienie uważam za wyjaśnione – rzekł spokojnie, lecz dobitnie Alvero, patrząc mu prosto w oczy. – Pomyślnych łowów, Galmo.
Galmo poczerwieniał. Myślał jeszcze przez chwilę, jak obrócić sytuację na swoją korzyść. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Zamknął je z kłapnięciem i cofnął się bez słowa. Po chwili odwrócił się i zniknął ze swymi ludźmi w gęstwie lasu.
Alvero dał znak ręką towarzyszącym mu ludziom, aby pomogli Tagariemu ze zwierzyną. Niebawem dołączyło do nich jeszcze dwóch myśliwych przywołanych wcześniej sygnałami Tagariego. Wspólnie szybko podzielili jelenia i nie zwlekając, ruszyli w stronę Przełęczy Żelaznorękich.